Skąd się wziął Ruiz Zafón?
SERGIO VILA-SANJUÁN
Właśnie ukazały się nowe edycje dwóch niewielkich arcydzieł najnowszej literatury fantastycznej: Księcia Mgły i Pałacu Północy. Akcja pierwszego z nich, wydanego po raz pierwszy w 1990 r., toczy się podczas II Wojny Światowej w nadmorskim miasteczku na południu Anglii; zaś drugiego, które zadebiutowało w 1991 r., w Kalkucie lat trzydziestych. Obie powieści charakteryzuje spójny i żywy styl, pewne wspólne elementy strukturalne oraz podobna postawa wobec dorastania i Zła, pisanego wielką literą. Obfitują w dreszczyk emocji, przede wszystkim dlatego, że potrafią pochwycić uwagę czytelnika już od pierwszych chwil. Autor, Carlos Ruiz Zafón (Barcelona, 1964), z godnym podziwu zapałem i wyrafinowaniem doprowadza wszystkie te cechy do mistrzowskiego poziomu w swoim najbardziej znanym dziele, Cieniu Wiatru, który, po sprzedaniu w sumie sześciu milionów egzemplarzy, jest prawdopodobnie w tej chwili najbardziej znaną na świecie powieścią hiszpańską zaraz po Don Kichocie.
Poszedłem spotkać się z Ruizem Zafónem, aby porozmawiać o tych dwóch ponownie wydanych powieściach. W jego pracowni nieopodal katedry Sagrada Familia, gdzie klimatyzacja działa na pełnych obrotach, popijając Coca-Colę Light – z jakiegoś powodu zwykła nie wydaje się mu smakować – i w otoczeni przez charakterystyczne figurki smoków, które pisarz od lat kolekcjonuje, rozpoczęliśmy naszą podróż do źródeł jego twórczości.
„Książę Mgły” zdobył nagrodę dla literatury młodzieżowej. Dlaczego, zaczynając pisać, zdecydowałeś się wkroczyć na to właśnie pole?
Z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że w chwili, gdy zdecydowałem się zająć zawodowo pisaniem, aby móc przetrwać, potrzebowałem konkretnego kierunku, w którym miałbym podążać. Pracowałem nad powieścią dla dorosłych, gdy dowiedziałem się, że ogłoszono konkurs na Nagrodę Edebé. Wydała mi się ona odpowiednim celem. Ale jest też drugi powód. Chciałem poeksperymentować z narracją fantastyczną, taką pełną strachów i przygód. W hiszpańskim świecie wydawniczym nie było miejsca na takie tematy poza literaturą dziecięcą, w której zaś utrwaliła się już pewna hiszpańska szkoła o wyrobionej marce, jak w przypadku wielkich autorów, takich, jak J. M. Gispert, który pisał science-fiction, czy Jordi Serra i Fabra. Wydawało mi się, że literatura dziecięca jest na swój sposób przestrzenią pełną większej wolności, gdzie istniało przyzwolenie na robienie czegoś, co mnie interesowało.
Skąd przyszedł pomysł na Księcia Mgły?
Pragnąłem napisać książkę, jaką sam chciałbym przeczytać, mając trzynaście lat, a w tym wieku bardziej, niż autorzy uznawani za pisarzy dla dzieci, interesowało mnie wszystko: od Stephena Kinga po Petera Strauba poprzez powieść detektywistyczną. Z drugiej strony w tamtych czasach moje punkty odniesienia były raczej kinowe niż literackie, a Książę Mgły jest prawdopodobnie konceptem zarówno powieściowym, jak i filmowym.
Dlaczego umieściłeś akcję w czasach i miejscach, w jakich nie miałeś okazji żyć?
Podejrzewam, że jest jakiś trudny to wytłumaczenia, psychologiczny powód, który powstrzymywał mnie od pisania o Barcelonie, póki nie spędziłem trochę czasu z dala od niej. Nie miało to miejsca aż do mojej czwartej powieści, wydanej w 1999 roku Mariny, która jest poprzedniczką Cienia Wiatru. W moich pierwszych powieściach poszukuję odległych scenerii – nie bardzo wiem, dlaczego. Z drugiej strony istnieje też być może bardziej prozaiczna przyczyna: gdy chce się wprowadzić mocne elementy fantastyczne, pojawia się potrzeba neutralnego tła, takiego pejzażu, z którym czytelnik stąd nie będzie miał zbyt silnych powiązań.
Przeprowadzałeś dokumentację? Ile czasu zajęło ci pisanie?
Sądzę, że stale, nieświadomie zbieram różne historyczne informacje: książki o sztuce i architekturze, wystawy, katalogi i przedmioty o wartości dokumentalnej, które parę lat później wykorzystuję. Ale sądzę, że dokumentację – kiedy się chce, żeby dobrze działała – trzeba najpierw sobie przyswoić, a potem odrzucić. Powinna być na usługach fikcji, którą tworzysz, a rolą fikcji nie jest propagowanie wiedzy czy dokumentacja. Elementy dokumentalne służą do zbudowania emocjonalnej rzeczywistości w tle i zgodności z punktem historycznym. Napisałem tę powieść bardzo szybko, w dwa czy trzy miesiące, zawsze w nocy, póki nie wstało słońce, według systemu, który stosuję od zawsze. Ostateczny sprint wykonałem w wakacje 1992 roku. Olimpijskie lato, duszący upał, ulice pełne ludzi – panowała niezwykła i niepowtarzalna atmosfera.
Jak to już typowe dla twojej twórczości, ciężar akcji dźwiga młody bohater, w chwili, gdy wkracza w dorosłe życie. Dlaczego akurat wtedy?
To jest coś, co Anglosasi nazywają relacją z coming of age, która przenosi nas w moment dramatyczny, ale i pełen odkryć. Moim sposobem na przybliżenie się do literatury młodzieżowej było wprowadzenie młodych bohaterów, nastolatków. W tych książkach postaci zazwyczaj biorą się za bary ze światem, który okazuje się być inny, niż im mówiono, i pierwszy raz stawiają czoła stracie, ekstremalnym sytuacjom. Na dodatek charakter tej opowieści i sposób, w jaki jest skonstruowana, nie mają w sobie nic szczególnie dziecinnego. To są po prostu historie o tajemnicach i przygodach.
W tych dwóch powieściach postaci wchodzą w relacje bądź układy z siłami nadprzyrodzonymi, których to konsekwencje spadną później na dzieci jednego z nich…
W całej tej historii kluczową rolę odgrywają pamięć i przeszłość. Moglibyśmy powiedzieć, że nasze życie jest nie tylko owocem okoliczności – istnieje świadectwo, które nam się przydarza i nas określa. W moich książkach dla dzieci tej domniemanej niewinności młodości często zagraża siła przemocy, która przychodzi z poprzedniego pokolenia. Wydaje mi się interesujące, że pomiędzy przeszłością i teraźniejszością istnieje pewien efekt lustra, które udowadnia nam, że każde działanie wiąże się z odpowiedzialnością. Ten temat w Cieniu Wiatru rozwija się jeszcze dalej.
Jawahal jest udręczoną duszą, niszczycielem Pałacu Północy. Bez zdradzania akcji książki – można stwierdzić, że największym zaskoczeniem jest jego pochodzenie.
W moich opowieściach często pojawia się postać, która w pewien sposób staje się widmem, majaczącym odbiciem samego siebie. Tak jest w Cieniu Wiatru z Caraxem i Fumerem, chociaż Caraxowi udało się odkupić, zaś Fumerowi nie. W Marinie taką postacią jest Kolvenic, który również zamienia się w potwora… Dlaczego? Jest pewna idea, która mnie interesuje, a mówi ona, że istnieje wiele różnych wersji nas samych, które w uśpieniu czekają na odpowiedni moment, aby wkroczyć do akcji. Okoliczności rzucają nas w tę stronę bądź inną, ale koniec końców to my decydujemy, którą wersję wybieramy. Z drugiej strony ten typ mrocznych postaci pozwala dodać dramatyzmu pewnej koncepcji destrukcyjnego Zła: realnego, które pojawia się z urazy, zazdrości, z chciwości, resentymentu.
Lubisz na dużą skalę używać pierwotnych i straszliwych żywiołów: woda, która topi łodzie w Księciu Mgły, ogień, który niszczy stację w Pałacu Północy, teatr w Marinie czy twarz Caraxa w Cieniu Wiatru…
Zawsze mi się wydawało, że moją specjalnością, czymś, co robię najlepiej, jest wprowadzanie do akcji pewnej historii, która zazwyczaj jest ważniejsza od tej, którą opowiadam. Używam wtedy elementów podstawowych, atawistycznych, pochodzących z klasycznej narracji, z mitów, legend, i struktur narracyjnych, które ewoluują od wieków… Ogień, woda, światło, cień… to podstawowe instrumenty dramaturgii, inscenizacji.
Akcja Pałacu Północy toczy się w Kalkucie. Dlaczego właśnie w tym mieście?
Od zawsze fascynowała mnie jego historia – to miasto dość młode, tak zwane miasto pałaców, zbudowane na moczarach, na polach Kali, które dały mu nazwę, i w tragicznych i niezwykłych okolicznościach. Taki Sankt Petersburg, tylko mroczny i widmowy, pomiędzy monsunami i diabolicznymi sagami brytyjskiego imperium kolonialnego. Pałac Północy to ghost story. Każda historia o duchach rodzi się z jakiejś tragedii, z rany w przeszłości, która pragnie wyleczenia, i dlatego nawołuje teraźniejszość. W pewnym momencie, w dramatyczny sposób, ratujemy prawdę i znów panuje równowaga. Nie byłem w Kalkucie, ale w tym przypadku zebrałem ogromną dokumentację, by potem wykorzystać tylko to, co było absolutnie konieczne. Nie piszę reportaży czy przewodników turystycznych, tylko powieści, dlatego, jeśli mogę mieć wolną rękę w opisywaniu detali jakiegoś miejsca, to z tego korzystam. Są elementy zupełnie fikcyjne, jak, na przykład, stacja Jheeter’s Gate, która jest amalgamatem nieistniejącej już nowojorskiej Penn Station i innych dworców kolejowych, ale posiada pewną rolę symboliczną związaną z istotną rolą kolei w rozwoju Indii. Najciekawsze, jak sądzę, jest to odnalezienie punktu, w którym rzeczywistość i fabularyzacja się spotkają.
Dla twoich powieści typowe są bardzo drastyczne zwroty akcji, które nadają historii zupełnie nowe znaczenie.
Tak, ta technika odpowiada czemuś, co moglibyśmy nazwać zmianą rzeczywistości. W tym przypadku każda historia zawiera tyle prawd, ile postaci. To pozwala na dekonstrukcję dyskursu narracji na podstawie zgromadzenia wszystkich różnych wersji czy punktów widzenia, jakie posiada każda postać czy narrator. Wydaje mi się to ciekawą metodą w budowaniu szkieletu historii o tajemnicach, o odkryciach. A z drugiej strony daje to możliwość zaoferowania czytelnikowi wizji rzeczywistości zbudowanej na podstawie różnych punktów widzenia. Pozwala to zachować zdrowy dystans od prawd absolutnych, pokazując, że nic nie jest tym, na co wygląda, i, że im więcej o nim wiemy, tym mniej jest tym, czym się wydaje być. Wierzę, że w powieściach skierowanych przede wszystkim do młodego czytelnika ważne jest stymulowanie jego zmysłu krytycznego, kwestionowanie, po co się coś opowiada, kto to mówi i jakie kierują nim motywy.
Mówiłeś, że twoim punktem odniesienia często były filmy. Jest tak nadal?
W pewny stopniu tak. Wydaje mi się, że wpływ na moją twórczość wywarło głównie kino pokolenia lat ’70: Coppola, Spielberg, Scorsese, De Palma, Lucas czy Ridley Scott, żeby wymienić tych kilku twórców, którzy wywarli na mnie duży wpływ; chociaż drugie 50% moich inspiracji jest czysto literackich i tu mamy po trochu wszystkiego: od Dickensa po Raymonda Chandlera. Uprzedzenia i konwencjonalizm zabijają myślenie, staram się trzymać od nich z daleka, jak od dżumy. Powiedziałbym, że wielka część dobrze zbudowanej narracji, niestety, stopniowo wyemigrowała z literatury w kierunku innych, bardziej dynamicznych dziedzin, mniej podatnych na snobizm, który współcześnie zatapia tak zwany światek literacki przeciętnością, i w których liczą się, mówiąc krótko, efekty, a nie aspiracje. Fakt faktem, że literatura działała w ten sposób jeszcze długo po wkroczeniu w wiek XX. Mnie interesują wszystkie środki wyrazu, od fotografii po animację, architekturę bądź muzykę. I wierzę, że dziś, w dużej mierze, niektóre dzieła tak zwanej literatury gatunkowej są nieskończenie lepiej skonstruowane, napisane i pomyślane niż wiele z branej w cudzysłów literatury pięknej. Tak czy siak, wydaje mi się zdrowe, by mieć oczy i głowę otwarte i nie łykać ogólnie obowiązującej wersji zdarzeń bez żadnego ale.
Ogrody pełne demonicznych rzeźb, fantasmagoryczne stacje, podziemne labirynty… Można by powiedzieć, że twoim głównym celem jest tworzenie mitycznych przestrzeni literackich, z których mityczny najbardziej jest Cmentarz Zapomnianych Książek z Cienia Wiatru.
Mam silną potrzebę dokładnego określania miejsc, w których toczy się historia, żeby były wiarygodne. Sposobem na dokonanie tego jest wyraźna stylizacja, która ma na celu stworzenie pewnej nadrzeczywistości, w której zatopi się czytelnik. Na przykład w Cieniu Wiatru przyświecał mi cel stworzenia niezależnego, literackiego uniwersum, osadzonego w zupełnie fikcyjnej Barcelonie. To koncepcja, która wydaje mi się bardzo atrakcyjna i która wyewoluowała z obserwacji wielkich autorów, jak Balzak czy Dickens, którzy potrafią wykreować wspaniałą ikonografię jakiegoś wirtualnego miejsca i czasu akcji, doskonale zastępującą mało precyzyjną rzeczywistość. Wiktoriański Londyn Dickensa jest bardzo rozmyślnie i inteligentnie zarysowany. Tworzy wirtualną rzeczywistość, miejską fantasmagorię, która pozwala podtrzymać historię wraz z środkami zastosowanymi do stworzenia postaci i intryg. Jedną z najtrudniejszych rzeczy do osiągnięcia w literaturze, i jedną z najciekawszych, jest ta kreacja światów, uniwersów, które otaczają czytelnika i wprowadzają swoje własne reguły, swoją własną atmosferę, własne światło. Cmentarz Zapomnianych Książek czy fantastyczny świat Księcia Mgły są elementami metaforycznymi, scenografią, elementami mechanizmu, który trzeba zarysować, żeby dać życie historii i postaciom, które ją zamieszkują. Moim celem jako powieściopisarza jest nic innego, tylko tworzenie dobrych historii i umieszczanie ich na scenie – najlepiej, jak potrafię.
Cztery hity i nieporozumienie z wydawcą
Jest rok 1943 i rodzina Carver przenosi się z Londynu „na wybrzeże, z dala od miasta i od wojny, do domu blisko plaży w małym miasteczku”. To dawne ognisko domowe doktora Fleischmana, przytulne i jasne, choć pada nań cień tragedii: Jacob, syn doktora, utonął na plaży naprzeciwko w 1936 r. Carver i jego dzieci, Max i Alicia, nie wiedzą, że ta domniemana śmierć z przeszłości ma związek z dawną historią, z piekielnym paktem zawartym z dziwnym magiem, doktorem Cainem, który wróci z dawnych czasów, by odebrać to, co do niego należy.
Książę Mgły w roku 1993 zdobył nagrodę Edebé dla książki młodzieżowej. Przetłumaczony na siedem języków, a do roku 2001, gdy ukazał się Cień Wiatru, został sprzedany w 300 000 egzemplarzy. I to mimo faktu, że, według Ruiza Zafona, był „źle wydany i jeszcze gorzej dystrybuowany, latami nie było go w księgarniach. Ale z czasem i na przekór wszystkiemu znalazł swoich czytelników”. Rok później Edebé opublikowało też następną powieść pisarza, Pałac Północy. W sierocińcu Saint Patrick grupa dzieci ze smutkiem i strachem oczekuje na „przybycia tego lata, gdy wszyscy skończymy szesnaście lat i będzie to oznaczało naszą rozłąkę”. Najsprytniejszemu z nich wszystkich, Benowi, koniec dzieciństwa przyniesie też ponowne spotkanie z wydarzeniami, które spowodowały śmierć jego matki i rozłąkę z siostrą. „To prawdopodobne, że z moich książek to właśnie ta miała najgorszą promocję”, mówi pisarz. Następną powieścią są Wrześniowe Światła z 1995 r., opowiadające o tajemniczym wytwórcy zabawek, i, dopiero w 1999 r., Marina, której akcja toczy się w spowitej mgłą, nastrojowej Barcelonie, zapowiadając już Cień Wiatru. Obydwie te powieści zostały opublikowane przez Edebé, wydawnictwo, które jest liderem na rynku podręczników i książek dla dzieci, a należy do ojców salezjanów. Pomiędzy oficyną a Ruizem Zafonem nasilały się nieporozumienia, szczególnie od momentu zmiany zarządzania w związku z wejściem do wydawnictwa dyrektorów spoza zakonu. Pisarzowi przeszkadzało przede wszystkim to, że, po sukcesie Cienia Wiatru, wydawnictwo z wielkim hukiem i bez porozumienia z autorem wydało reedycję Mariny, nie reklamując jej jako poprzedniej powieści autora. Później wydawnictwo próbowało podać do sądu pisarza i Editorial Planeta (który opublikował Cień Wiatru). „Oskarżono nas, bez najmniejszych dowodów ani przesłanek, o spisanie nieistniejącej umowy na nieistniejącą książkę, po to, by zyskać na czasie, i miesiącami wykorzystywać, mówiąc eufemistycznie, brak regulacji. To żenująca sytuacja. Często spotykam na ulicy pracowników tego wydawnictwa i mówią mi, że wstydzą się za to, co się stało i co nadal tam dzieje”. Gdy minęły wyznaczone w kontraktach daty, autor odzyskał prawa do swoich dwóch pierwszych dzieł, które „po latach fatalnych wydań wychodzą w taki sposób, w jaki chciałby, żeby zostały wydane za pierwszym razem”. Następne będą Wrześniowe Światła i Marina.
Nowa książka w 2007
Międzynarodowy sukces Cienia Wiatru sprawił, że Ruiz Zafón był bardzo zajęty pracą przy jego promocji w Europie i Ameryce, a cały czas, który mu pozostał, wykorzystał na poświęcenie się kolejnej, rozgrywającej się w modernistycznej Barcelonie, tajemniczej historii, co do której nie chce podać więcej szczegółów. „Prawda jest taka, że próbuję zniknąć z powierzchni ziemi i skoncentrować się na pracy nad nową powieścią, w którą jestem od jakiegoś czasu zaangażowany. Według moich obliczeń, które, żeby było jasne, nie są na miarę Stephena Hawkinga, powinienem skończyć ją do końca roku, chociaż nie chciałbym nic obiecywać. Taki jest mój plan i wierzę, że mogę mu sprostać.
Inna sprawa to termin, w którym się powieść ukaże, a to już nie tylko ode mnie zależy. Jakbym miał obstawiać, czego nigdy nie robię, mógłbym się odważyć na wyznanie, że podejrzewam, że powieść ukaże się gdzieś w okolicach wiosny 2007 r. Tak już jest z tymi powieściami, szczególnie o tak złożonej budowie. Pal sześć je skończyć – problem jest taki, żeby nie pozwolić, żeby to one wykończyły ciebie”.